Saturday, 28 March 2015

Wroclaw in 7 hours p. 1

9.02.2015. Dzień jak co dzień? No właśnie nie do końca. W tym roku moje ferie diametralnie różniły się od tych z poprzednich lat. Do tej pory zawsze jechaliśmy na wspólny wyjazd na narty z rodziną- dzieciaki miały ferie w tym samym czasie, rodzice brali urlop na parę dni i jechało się w góry. Z naszym poziomem zgody bywało różnie, ale mimo wszystko w jakiś sposób przywiązałam się do tym wyjazdów. Głupio siedzieć non stop w mieście, prawda? Pooddychanie świeżym, względnie, powietrzem przez chociaż kilka dni w roku jest więcej niż wskazane. (Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy jeżdżą do Zakopanego)

[Teraz mieszkam sobie w zacnej stolycy, gdzie poziom zanieczyszczenia jest x razy mniejszy niż w Krakowie, ale co z tego. Podróże, podróże. Tego mi brakuje. Raz na parę tygodni wsiadam z bagażem doświadczeń i słoików do pociągu, ale to się nie liczy. To raczej transport z domu do domu.]

Ponieważ bardzo korciło mnie, żeby gdzieś pojechać, postanowiłam skorzystać z zaproszenia mojej cioci do Opola. Ale. Opole zwiedziłam w wakacje, czego owocem był zresztą post na tym blogu.----- Nie byłam przecież we Wrocławiu! Aż wstyd. Tyle osób polecało mi to miasto, że ładne, że urokliwe i w ogóle. Postanowiłam się przekonać na własnej skórze ile jest w tym prawdy. Sytuacja była wprost idealna na jednodniowy wypad do miasta. Z Opola do Wrocławia jedzie się jedną godzinę pociągiem, bilet ze zniżką studencką kosztuje, z tego co pamiętam około 10 zł (w jedną stronę jechałam wagonami pierwszej klasy!), sezon na zwiedzanie co prawda może niezbyt wymarzony pod względem pogody, ale przynajmniej mogłam się z moim płaszczem wtopić w tłum i nie wyglądać jak typowy turysta czyli mniej więcej tak.

Podróż przeładowanym i dusznym pociągiem na trasie Przemyśl-Szczecin odbyła się bez komplikacji, więc nie ma w sumie o czym pisać. O, jednak- pociąg dojechał na czas (!). Na dworcu czekał wujek, chociaż uparłam się, że sama dojadę z dworca do ich mieszkanka. W sumie dobrze się stało (dzięki, wujek!), bo sama na pewno bym nie trafiła. Poza tym nie potrafię się poruszać opolską komunikacją miejską z punktu A do punktu B. Owszem, mogę wsiąść do autobusu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, ale tym razem nie o to chodziło.

No. Jesteśmy w ciepłym mieszkaniu, pyszna kolacja zjedzona, studia omówione. Teraz dziennik i nyny. No nie do końca. Po pierwsze telewizor. I send my love to you... Łóżko, na wprost którego stoi gigantyczny telewizor plazmowy, spełnia funkcję miejsca do spania dopiero na którymś miejscu z kolei. Zwłaszcza, jeżeli ktoś przyzwyczajony do jutuba poczuje w sobie żądzę eksplorowania telewizji kablowej.


Rano obudziłam się z uczuciem podobnym do kaca. Podeszłam do okna i zrobiło mi się biało przed oczami. Aż je musiałam przetrzeć, żeby się przekonać, że nie śnię. Za oknem zobaczyłam spadającą masowo  z nieba watę cukrową. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że za kilka godzin miałam wsiąść do pociągu do Wrocławia i kolejne 7 godzin spędzić na spacerowaniu po jego ulicach.

Całe szczęście, że miałam parasol. (Żebym jednak odczuła pogodę na własnej skórze, już po paru godzinach zaczęła mi odpadać podeszwa kozaka, a lodowata breja wdała się niepostrzeżenie w kontakt z moją niczego nie spodziewającą się stopą.)

Niestety, tym razem wujek nie mógł mnie już podwieźć (wjem, wjem jestem zrzędą). Musiałam znaleźć autobus, który zawiezie mnie na dworzec. Bułka z masłem, pomyślałam. Z tym, że w Opolu nie ma przystanku komunikacji miejskiej o nazwie Dworzec Główny. WHYYY? Poza tym, powiedzmy to sobie szczerze, mimo, że jest z nim związany przydomek 'wojewódzkie', to nadal jest to miasteczko. Autobusy wcale nie jeżdżą tak często, jak myślałam.

Oczywiście uciekł mi pociąg. Nie ma to jak dobry początek, prawda? Ale. Jak pisałam wcześniej, dzięki temu jechałam w największym luksusie, jaki sobie mogłam wymarzyć- szyby z dwóch stron, super wygodne fotele, lekkie ogrzewanie, a nie komunistyczny buchający oparami piekarnik. Aż żal było wysiadać.


Pierwsze wrażenie z Wrocławia. Dworzec ładny w środku, brzydki jasnobrzoskwiniowy kolor z zewnątrz. Kupiłam sobie w kiosku dwa bilety jednorazowe, które, jak się okazało są tańsze niż w Opolu. Następnie weszłam w ulicę Piłsudskiego i skręciłam w Świdnicką (wcześniej zrobiłam zdjęcie Teatru Capitol, tylko dlatego, że słyszałam o nim kiedyś). 






Przy Placu Kościuszki weszłam do Renomy (którą polecali na stronie wroclaw.pl: To unikalna galeria handlowa, w której moda łączy się ze sztuką, designem i kulturą.). Oczywiście, jak to w centrum handlowym, nie skończyło się na oglądaniu- kupiłam okazyjnie, ale zupełnie niepotrzebnie, różowy i zielony puder do włosów i przepysznie pachnącą masala chai- indyjską herbatę korzenną. Odwiedziłam też TK MAXX, gdzie były (o dziwo!) przepiękne notesy, pamiętniki i organizery. Niby przecenione, ale ceny te same co w Empiku. Btw, jeżeli już będziecie w Renomie, koniecznie, ale to koniecznie idźcie do toalety. Serio. Nie ma bardziej stylowego miejsca, żeby zmyć z rąk brud pieniędzy, które się właśnie wydało.





Kiedy wyszłam z Renomy, poszłam dalej ulicą Świdnicką w stronę Rynku, mijając po drodze gmach Opery Wrocławskiej. 




Na Rynku zaskoczenie (?): same zagraniczne knajpki: meksyk, sushi, pizza, moa burger. (Może w Krakowie nie zwracałam na takie rzeczy uwagi, ale we Wrocławiu, ponieważ byłam tam po raz pierwszy, rzuciło mi się to w oczy). 



Mniejsza z tym. Rynek we Wrocławiu jest naprawdę urokliwy. A to głównie dzięki pięknemu ratuszowi (który jest jedną z najlepiej zachowanych budowli tego typu w Polsce) i kamieniczkom (m. in. Jasiowi i Małgosi). Chyba najbardziej urzekła mnie fasada XVI-wiecznej kamienicy "Pod Gryfami".




Skąd się wzięły te krasnale na wrocławskim Rynku? Ano stąd, że są one jednym z symboli miasta. Mają nawet swoją stronę internetową. Ale czemu? Po co? Są różne teorie. Zainteresowanych odsyłam tutaj: http://krasnale.pl/wszystko-o-krasnoludkach/skad-sie-wziely-krasnale-we-wroclawiu/.








Plac Solny to taki wrocławski Mały Rynek. Dużo tutaj kwiaciarni. I informacja turystyczna, do której się udałam po darmową mapkę (zawsze tak robię w obcym mieście, sama nie wiem po co), a skąd wyszłam z naręczem pamiątek oczywiście. No dobra, może nie naręczem, ale z pustymi rękoma też nie.


Kolejnym punktem na mojej liście była Dzielnica Czterech Świątyń (część Starego Miasta, gdzie znajdują się świątynie czterech wyznań: kościół rzymskokatolicki, sobór prawosławny, kościół ewangelicko-augsburski oraz synagoga). Spytałam miłej pani w informacji jak tam dojść, a ona na to, że to bardzo blisko- schodkami w dół i już się praktycznie jest. No i schodzę i idę. Ale żadnych świątyń nie widzę. 




Ale, jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pokręciłam się trochę po okolicy i przez przypadek w bramie przy ulicy Ruskiej odkryłam wrocławskie zagłębie graffiti. Aż mi było głupio robić zdjęcia telefonem, ale niestety nie miałam ze sobą lustrzanki, bo została w Warszawie. Murale są świetne, niestety nie do końca widoczne, bo zasłaniają je samochody i gruz przysypany śniegiem.















Po zrobieniu kilku zdjęć postanowiłam opuścić ten mały raj, po pierwsze, bo czas naglił, a po drugie, bo robotnicy patrzyli na mnie jak na wariatkę. Jeszcze tu wrócę, zobaczycie!
Wyszłam z bramy na równoległą ulicę i postanowiłam zapytać w pierwszym napotkanym miejscu z szyldem o drogę do jakiejkolwiek ze świątyń. No i co mi się trafiło? Zakład pogrzebowy. Brr. Ja jednak podziękuję. Na szczęście bardzo blisko była synagoga, na którą natknęłam się przypadkiem. Weszłam na dziedziniec, zrobiłam zdjęcie i wyszłam. 


Miałam zamiar zobaczyć wszystkie cztery świątynie, ale niestety potrzeby z najniższego szczebla hierarchii Maslowa dały mi się we znaki i postanowiłam poszukać jakiegoś miejsca, gdzie bym mogła zjeść coś smacznego i taniego. Jak wiadomo, wszystkie drogi prowadzą na Rynek. Wróciłam tą samą drogą, uśmiechając się lekko pobłażliwie do pani w informacji.

Wylądowałam w Dominium i akurat trafiłam na końcówkę promocji '-50%'. Zjadłam sobie Pizzę Margheritę za dyszkę no i nie bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić. Prawy but miałam totalnie przemoknięty, na dodatek od jedzenia zrobiłam się śpiąca i ociężała...



Mimo wszystko jakoś udało mi się opuścić przytulny lokal w celu kontynuowania przechadzki po urokliwym mieście jakim jest Wrocław (tak, przyznaję!).

Ciąg dalszy mojej przygody w kolejnym poście. Trzymajcie się ciepło!

Thursday, 5 February 2015

Warsaw here I come...

As you may or may not know, last autumn I started to study linguistics in Warsaw (on the first day of October, to be strict). I've lived there since then. I can't say that it's been a picture perfect. In fact, it has been a really tough time. Not only did I have to memorize the boring stuff like grammar and phonetics but I also had to learn how to be an adult. The latter is obviously much more demanding and complicated. In one of his posts Brandon from Humans of New York quoted a young girl: "I'm finding out that being an adult is a lot more than learning how to cook." Well, to be honest, I can totally relate to that. Not so long ago I thought that adulthood is a synonym of freedom and happiness. I was certain that as soon as I moved from home, I would become a strong, independent woman with no complexes and an unwritten law depicting young adults would permit me to do whatever I wanted to. Unfortunately, the reality has turned out to be quite brutal. I'm still lazy and have a lackluster enthusiasm. I have problems with waking up in the morning and forcing myself to do something productive connected with my studies. I have to admit that one thing has changed- I became more active. And, what isn't very helpful,  I get bored really quickly. I just can't sit still. At the same time I don't have as much pleasure from going for a walk on my own as in the past. I like to be surrounded with friends, have someone to laugh with me at our stupid jokes. Maybe I became more social. Well, I wish ;)

Before moving to Warsaw I had a rough idea about the life that awaited me. I felt like I was going to live in another country or something. I had been just a few times in the capital before and I couldn't remember anything from my previous visits except for the location of the Central Railway Station. Yeah, that's definitely a good place to start :)

Moving to a city which you barely know has its merits. Your idea about your new home is almost like a tabula rasa, which means you can shape it into whatever you desire by visiting intersting places, attending cultural events and meeting new people. You can, you SHOULD feel free to discover, observe and enjoy- literally absorb- everything around you. I have tried to make the most of my stay in Warsaw, but I usually haven't managed or simply have been too lazy to take my camera with me. So same pictures have been taken with my mobile phone or have been recorded in my memory (at least for now). My March resolution will be to go out more, be more positive and TAKE MORE PICTURES. For now, enjoy the brief summary of where I have been in my free time in Warsaw.


 AUTUMN

Royal Baths Park (Łazienki Królewskie):


Constitution Square (Plac Konstytucji):


The Saxon Garden (Ogród Saski):


Sofitel Hotel:


The Piłsudski Square (Plac marsz. Józefa Piłsudskiego)


University of Warsaw Library:


Świętokrzyska Street:


Niepodległości Alley:


WINTER

Marszałkowska Street:

  

Metropolitan Building:


Krakowskie Przedmieście:




Castle Square:


Old Town:



Old Town Market Square:

  



Wednesday, 24 December 2014

Christmas Spirit. Expectations vs. Reality

Every year we have certain expectations towards Christmas. It's nothing strange since it's a very special time of the year when we not only share gifts and wishes but also spend more time than usually with our loved ones. We decorate the house, cook delicious meals, go shopping, prepare beautiful gifts. The crowning achievement is a dinner party, when we sit and enjoy each other's company. At least that's how it's supposed to look like. The fact is that usually many things are far from perfect. Check out my "Expectations vs. reality" compilation and try not to draw any conclusions from it. Just sit back, relax and enjoy.

1. Christmas tree

EXPECTATIONS


REALITY


2. Christmas presents

EXPECTATIONS


REALITY



3. Christmas fashion

EXPECTATIONS


REALITY


3. Christmas photoshoot

EXPECTATIONS


REALITY


4. Christmas food

EXPECTATIONS


REALITY


5. Christmas carol singers

EXPECTATIONS



REALITY



6. Christmas scenery

EXPECTATIONS


REALITY


7. Christmas cards

EXPECTATIONS


REALITY


8. Christmas dinner party

EXPECTATIONS


REALITY



I guess this pictures pretty much sum up my annual Christmas celebration. Sometimes the expectations are fulfilled, sometimes the reality is brutal and I have to accept it. Well, when I think of it more thoroughly, I can't think of any tasteless Christmas dishes or inappropriate Christmas cards. The only thing that could be improved is probably the scenery which 'failed permanently' when it comes to Christmas atmosphere. We usually have no snow and when we have, it instantly blocks the street or, what's even worse, turns into mud. 

Anyways, Christmas is not about complaining. It's about love, joy and forgiveness. Let me wish you all the best for this year's Christmas. Try to have this quote by Charles Dickens in mind: “I will honor Christmas in my heart, and try to keep it all the year.” 



I don't claim the ownership of these pictures. They were found in the Google search. If you feel in any way offended, don't hestitate to contact me and I'll delete them from this post as soon as possible.