Saturday, 26 July 2014

Beside the seaside

Witam Was, moi kochani po dłuuugiej przerwie. Jestem jednak usprawiedliwiona, bo mam teraz, podobno, najdłuższe i najlepsze wakacje życia. Dlatego staram się wykorzystać ten czas najlepiej jak potrafię. Trochę popracowałam- korepetycje i ulotki przez dwa ostatnie tygodnie czerwca. Nie zarobiłam jakiejś astronomicznej kwoty, ale i tak jestem zadowolona, bo to zawsze jakieś doświadczenie. Nigdy wcześniej nie zarabiałam (nie licząc bycia statystką w podstawówce), więc nie przywiązywałam zbytniej wagi do pieniędzy. Teraz mam świadomość, że zupełnie inaczej wydaje się pieniądze od rodziców od tych zarobionych przez siebie. Wiem też, że muszę się bardzo postarać, żeby nie pracować w przyszłości na tak zwaną umowę śmieciową.


Skoro i tak odbiegam od zamierzonego tematu tego posta, chciałam się z Wami podzielić jeszcze jedną dygresją. Boję się. Cholernie się boję. Nie będę Was oszukiwać- boję się jak nigdy w swoim marnym, dziewiętnastoletnim życiu. Od września będę mieszkać w Warszawie. Dostałam się na Uniwersytet Warszawski na lingwistykę stosowaną. Hurra. I co teraz? Nie jestem zbyt towarzyska. Jest tylko kilka osób w moim życiu, na których polegam. Co będzie, jeżeli przez moje kompleksy i nieśmiałość nie znajdę tam żadnych przyjaciół? Na pewno nie będę mogła polegać na ciotce, u której będę mieszkać. Już zdążyła dać mi do zrozumienia, że oczekuje mojej wyprowadzki po kilku miesiącach pobytu w Warszawie. Gdzie wtedy pójdę? Akademiki są zdecydowanie nie dla mnie. Mieszkanie samemu w Warszawie jest zbyt drogie dla niepracującej studentki... Nie jadę na obóz integracyjny organizowany przez mój wydział, bo "idealnie" pokrywa się z naszym (moim i Doroty) wyjazdem do Londynu, który planujemy od kilku lat (od prawie trzech, tylko wielokrotnie zmieniałyśmy koncepcję), przez co ciężej mi będzie poznać potencjalnych współlokatorów.

MASAKRA



To dużo narzekania. Może wyolbrzymiam moje problemy. Nie wiem. Przechodzę teraz taki okres w życiu, że mam wrażenie, że totalnie oddalam się od mojej rodziny i reprezentowanych przez nią wartości. Nie ma nic gorszego niż brak autorytetów i punktu odniesienia. Jedyne, co mi pomaga jakoś funkcjonować i iść przez życie to doświadczenia Demi Lovato. Możecie się śmiać. Camp Rock, Disney i te sprawy. Świetnie. Tylko, że ona ma już prawie 22 lata. W niczym nie przypomina słodkiej nastolatki- jej wizerunku utrwalonego przez Disneya. Jest doświadczoną kobietą po odwyku. Nie boi się przyznać do swoich fizycznych i emocjonalnych problemów- bulimii, choroby dwubiegunowej i traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa (dorastała bez biologicznego ojca, była gnębiona w szkole). Oprócz tego walczy o prawa homoseksualistów i założyła fundację Lovato Treatment Scholarship Program opłacającą leczenie osób z problemami psychicznymi. Napisała także książkę z rozważaniami na każdy dzień w roku pt. "Staying Strong: 365 Days a Year", którą polecam KAŻDEMU.


Uff, zmęczyłam się trochę tym pisaniem. Ale warto było. Stwierdzam, że przelewanie swoich myśli na papier, a w tym przypadku- na klawiaturę, bardzo pomaga. Czyta ktoś to w ogóle? hahaha :) Nie szkodzi. 'If you want to live a happy life, tie it to a goal, not to people or things." 

No więc, jak pisałam jakieś tysiąc linijek tekstu temu, te wakacje staram się spędzić najefektywniej jak się da. Dlatego też pojechałam na Open'era ;) Zaliczyłyśmy z Olką chyba z 30 koncertów (moja Open'erowa playlista znajduje się tutaj). Przychodziłyśmy na lotnisko między 17 a 18, a wracałyśmy między 2 a 4 rano. Raz szłyśmy do domu 3 godziny na piechotę- od 4 do 7 rano. Nie pytajcie dlaczego. Ogólnie uważam ten wyjazd za bardzo udany. Open'erowa atmosfera jest zdecydowanie nie do podrobienia. Tak, wiem. Woodstock, Jarocin... Olka jedzie będzie i była na tym i na tym, więc zda mi pewnie relacje (pomijając różne niecenzuralne szczegóły).


Oprócz tego, że codziennie przez 4 dni byłyśmy a terenie festiwalu, udało nam się też parę razy być nad morzem. Tak. Niesamowite. Za pierwszym razem byłyśmy 20 metrów od plaży, ale jej nie zauważyłyśmy. Za drugim razem po kilku minutach od naszego wyjścia zaczęło lać i przestało, gdy przestąpiłyśmy próg domu. Za trzecim razem był potworny skwar. Za czwartym razem była piąta trzydzieści. Oto dokumentacja naszego wyjazdu. Niestety brak zdjęć z samego festiwalu, bo nie można było wnosić aparatu. Mamy zdjęcia w komórkach, ale ich jakość nie powala. 



Teraz parę uwag. Nie, nie mam na tych zdjęciach makijażu (po co mieć na twarzy maskę, która na dodatek spływa podczas upału?). Nie, nie były retuszowane. Tak, obrabiałam je (nie wszystkie). Lubię szczególnie 'proces krosowy' i 'lata 60-te'. Nie wstydzę się tego. Jestem amatorką i otwarcie przyznaję, że nie znam się na fotografii. Po prostu lubię robić zdjęcia. Kropka ;)

PS
Ten pst to swego rodzaju monolog, potok myśli. Bez retuszu, bez udziwnień, bez ściemy. Ważne jest, żeby nie zatajać swoich odczuć i myśli. Być szczerym nie tylko w stosunku do innych, ale przede wszystkim przed samym sobą.

PS 2
Za jakiś czas na blogu ukaże się post relacjonujący mój pobyt w Grecji, co w praktyce oznacza... długą przerwę w blogowaniu ;)

PS 3
Połowę z tych zdjęć zrobiła Aleksandra W.- wschodząca gwiazda fotografii. Namiary do niej prześlę chętnym w wiadomości prywatnej.





Sunday, 22 June 2014

I'm gonna pick up the pieces and build a Lego house...

This post is a 'Throwback Thursday' rather than a description of current events, because these pictures were taken almost a month ago and this exhibition is coming to an end (at least in Cracow). However, as You probably know, this blog is, broadly speaking, quite chaotic, so You shouldn't be surprised ;)

Ten post podchodzi właściwie pod 'Throwback Thursday', bo zdjęcia zostały zrobione prawie miesiąc temu, a wystawa klocków LEGO (znaczek) dobiega końca już za tydzień... Ale, jak wiecie, ten blog jest prowadzony w sposób, delikatnie mówiąc,chaotyczny, więc nie powinno Was to dziwić ;) 

How come this post has such a long and strange title? For a few reasons. Firstly- for a few weeks I was surrounded with posters encouraging me to visit 'The biggest LEGO exhibition in Poland'. When I was a child, one of my favourite things to do was to 'pick up the pieces and build a Lego house'*. I would build leaning towers, design cities and villages (I usually ended up building a small cottage house because of 'the lack of sources'). I decided to make myself a present and revive my childhood memories.

*By the way, these are the lyrics from one of the best songs ever written- 'Lego House' by Ed Sheeran

Skąd tutaj post o takiej właśnie tematyce? I co to za dziwaczny tytuł posta*? Już wyjaśniam. Przez kilka tygodni na praktycznie każdym przystanku krakowskiej komunikacji miejskiej widywałam reklamę 'Największej w Polsce wystawy klocków LEGO (znaczek)'. W dzieciństwie uwielbiałam bawić się klockami- 'pick up the pieces and build a Lego house'. Budowałam krzywe wieże, projektowałam miasta, wsie (zazwyczaj i tak kończyło się na jednym domu z powodu 'braku surowców'). Postanowiłam sprawić sobie na dzień dziecka prezent w postaci ożywienia moich wspomnień z dzieciństwa i pojechałam do Futury na wspomnianą wystawę. 

*'I'm gonna pick up the pieces and build a Lego house' to początek piosenki Eda Sheerana 'Lego House', którą uwielbiam i praktycznie znam na pamięć.  Teledysk jest świetny ;)

I wasn't the only person who decided to spend the lazy Sunday afternoon like this. So I lined up obediently in a neverending queue along with frisky children and their resigned parents. Even though I'm not a huge fan of crowds, I must admit that I enjoyed the exhibition more than a lot. There were certainly many things to admire- Eiffel Tower, miniatures of cars, little cities, palaces, temples, airports... Fans of Star Wars, Harry Potter, Pirates of the Caribbean, Angry Birds and Idana Jones definitely weren't disappointed. Young scientists could play with LEGO robots, one of which even 'shook hands' with the visitors. Well, kind of.

Nie byłam jedyną osobą, która w taki sposób postanowiła spędzić niedzielę. Potulnie ustawiłam się w kolejce za rozbrykanymi dziećmi i ich rodzicami. 'Są ludzie, czyli wystawa jest coś warta' pomyślałam. Dokładnie 12 złotych brutto, bo tyle kosztowała bilet. Nie zawiodłam się. Było co podziwiać- wieżę Eiffla, miniatury samochodów, makiety miast, pałaców, świątyń, lotniska, a nawet Stadionu Narodowego! Zdecydowanie najwięcej było scen z Gwiezdnych Wojen. Pojawili się też Piraci z Karaibów, Harry Potter, Angry Birds, Indiana Jones...- długo by tu wymieniać ;) Na małych naukowców czekały specjalne interaktywne budowle- roboty. Jeden z nich podawał zwiedzającym 'rękę'.

In addition to watching the buildings a great attraction for me was observing the kids, who looked as if they had one thing in their minds- breaking vitrines and playing with blocks. A palace to let off steam was a shop next to an exit (obviously), where desperate parents could buy their kids expensive toys. For a second I was also tempted to do this, but fortunately reminded myself of an obvious fact that I'm not a kid any more. Sometimes it's hard to understand and accept it. ;)

Oprócz oglądania budowli sporą atrakcją było obserwowanie reakcji dzieci, które najchętniej rozbiłyby szyby w gablotkach i pobawiły się klockami. Miejscem na rozładowanie napięcia był sklepik przy wyjściu, w którym za niebotyczne ceny można było kupić różne rodzaje klocków. Odczuwałam przez chwilę pokusę, żeby to właśnie zrobić, ale na szczęście wróciłam na ziemię. Nie jestem już dzieckiem. Czasem nie jest łatwo to zrozumieć i zaakceptować ;)






Sunday, 15 June 2014

'Crime in Art' exhibition

Hi!
Couple days ago Jane Febray and I visited MOCAK (which is a museum of contemporary art in Kraków) to see the new crime themed exhibition. Some parts of it were really shocking and according to the warning on the entrance they were only for adult visitors. Some exhibits were also very moving. for example the installation with authentic letters from prisoners telling us about their life, dreams or things they regret. There were also some weird but quite funny stories from those prisoners who just don't care about anything or anyone anymore. We were both surprised about how talented  were some of the inmates. Some of letters contained poems and a few really good drawings. I also remeber another piece of art proving that there is no visible difference between a murderer and a victim. The author put together photos of representatives of those two groups and let us guess their history. It made me realise that after seeing all those criminals portaits I assumed they all look like murderers (even if they seem completely innocently).
So... if you are in Kraków and you want to see something unusual go to MOCAK and I'm sure you won't be dissapointed :-)
Click here to see more details from MOCAK's official website (in English).

P.S. Don't forget to check out the permanent exibition! One ticket is an entrance to all current exhibitions  so it won't cost you any extra money. Besides, I think it's also worth visting. See you there!

Friday, 13 June 2014

Surprise!

Hi, foks :* Just a short introduction: Welcome after a long but fruitful break from blogging. I can finally say that my exams, school and sh*t are over! Yeaaah! Good news- this post was inspired by a beautiful polish town - Opole, where I've been recently. Bad news- there will be no translation into English. However, there are a few websites concerning this place, which You may like to see. Here the are: 
You can also check out my fanpage on Facebook.

Witam Was moi kochani po bardzo długiej, ale za t też bardzo owocnej przerwie. Koniec z nauką! Mogę już oficjalnie ogłosić, że mam wakacje (większość z maturzystów mówiła tak miesiąc temu, ale ja miałam jeszcze egzaminy Cambridge). Nie znaczy to wcale, że przez cały ten czas harowałam jak wół roboczy. Wręcz przeciwnie- tuż przed samym egzaminem zrobiłam sobie mini wakacje. Pojechałam do...

...Opola. Były to już chyba moje dziesiąte odwiedziny w tym mieście, ale pierwszy raz, kiedy mogłam porządnie pozwiedzać. Byłam w zagłębiu grafficiarskim... No ale po kolei. Po pierwsze i najważniejsze- KFFP- Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej. Nie jestem i nigdy nie byłam wielką fanką polskiej muzyki rozrywkowej, ale muszę przyznać, że w amfiteatrze świetnie się bawiłam. Oprócz tego, że koncert (Superjedynki) miał genialnych prowadzących (Artur orzech, Kasia Kwiatkowska, kabaret Paranienormalni), był bardzo hmmm różnorodny (?) tzn. zaspokajał gusta wszystkich na widowni (nie widziałam tam ani jednego metala). Najlepsze chyba było oglądanie koncertu na żywo- widziałam ekipę krzątającą się przy scenie (która btw jest obrotowa, czego nie widać jak się ogląda koncert w tv),  niecenzuralny kabaret podczas przerwy reklamowej... Dodatkową atrakcją było na pewno to, że zaledwie kilka metrów ode mnie siedzieli dwaj kapitanowie- Błaszczykowski i Gruszka (nie razem).


Na koncercie byłam od 19.30 do 1.30. Poszłam spać grubo po trzecie w nocy- nie tylko przez wrażenia, ale też ból zatok (amfiteatr jest tuż nad rzeką, od której wiał bardzo silny wiatr, także pozdro). Wstałam sobie o 11, a potem postanowiłam zrobić "rozpoznanie terenu". Opole leży na kilku wyspach, znajdują się tu także liczne kanały. Przez to ma się ciągle wrażenie, że jest się blisko wody. Teoretycznie dzięki temu powinno być chłodniej. Nie było. Dlatego pojechałam na wyspę Bolko, gdzie jest piękny park i zoo. I, jak się potem okazało, tłumy ludzi, którzy tak jak ja postanowili się schłodzić w cieniu drzew. 









Wieczorem przyszedł czas na Stare Miasto. Udało mi się cyknąć parę zdjęć, ale moim głównym celem był jedzenie. Zjadłam pyszną sałatkę z łososiem, fetą, pomidorkami i nasionami dyni. Nazwy knajpki niestety nie pamiętam, ale jestem pewna, że trafię tam następnym razem, kiedy przyjadę do Opola.





   

Poniedziałek upłynął pod znakiem intensywnego zwiedzania. Zaczęłam od uniwersytetu, który jest bardzo ciekawy ze względu na "żywe rzeźby" (ciekawe pomniki znanych Polaków m.in. Agnieszki Osieckiej, Marka Grechuty), które znajdują się na jego terenie. Z Grechutą mam nawet kilka zdjęć, ale nie wstawię ich tutaj, bo prezentuję na nich bardzo dziwne pozy- tylko dlatego, że rozgrzany pomnik parzył mnie w cztery litery. Po odwiedzeniu uniwersytetu przyszedł czas na pyszną mrożoną kawę i spacer po Starym Mieście.









Jak zapewne wiecie z moich poprzednich postów, jestem wielką fanką graffiti. Staram się dojść do tego, co autor miał na myśli, ale nie zawsze mi się to udaje. Ponieważ robię dużo zdjęć (specjalnie nie piszę, że jestem fotografem, bo mi do tego daleko), traktuję graffiti jako obiekt to sfotografowania (jakkolwiek to brzmi). Lubię graffiti także z tego powodu, że zazwyczaj znajduje się na zewnątrz, przez co jego wygląd jest zmienny, w zależności od tego jak operuje słońce. W Opolu miałam mnóstwo okazji, żeby sfotografować graffiti- począwszy od najbardziej prymitywnych esów floresów, skończywszy na prawdziwej sztuce. Graffiti jest tam dosłownie wszędzie- nawet, co średnio mi się podoba, na kościołach.





W Polsce słowo "Wenecja" jest zdecydowanie nadużywane- mamy miejscowość o nazwie Wenecja, o Wrocławiu, Gdańsku i Szczecinie mówi się "Wenecja północy", aż wreszcie część Starego Miasta w Opolu nad Młynówką to tak zwana "Opolska Wenecja". Myślę, że ostatnie z tych miejsc zasługuje na swoje miano, bo kiedy pierwszy raz je zobaczyłam, od razu przyszło mi na myśl miasto na wodzie.


 
W 1997 roku, podczas powodzi tysiąclecia, praktycznie całe Opole znalazło się pod wodą. Zalane zostały fabryki, szkoły, zoo (tylko część zwierząt udało się uratować), ale przede wszystkim budynki mieszkalne. Fala powodziowa była tak gwałtowna, że wielu ludzi nie zdążyło zabrać z mieszkań żadnych rzeczy oprócz ubrań. 
Dzięki ciężkiej walce woda nie zalała Starego Miasta, znajdującego się w bezpośrednim sąsiedztwie Młynówki. Mieszkańcy do tej pory wspominają lipiec 1997 jako jeden z najczarniejszych okresów w historii miasta.


Opole to miasto kontrastów o burzliwej historii. Wiele osób zna je tylko od strony festiwalu. Zachęcam Was do odwiedzenia tego miejsca, żebyście mogli się przekonać, że ma ono do zaoferowania znacznie więcej. Chociaż mówi się o odpływie mieszkańców z województwa opolskiego, w jego stolicy wcale się tego nie odczuwa. Wręcz przeciwnie- da się tu zauważyć nowe inwestycje, przyjazd wielu studentów. Z drugiej strony, jest sporo terenów zielonych, co sprzyja zarówno pracy, jak i odpoczynkowi. Jeżeli szukacie jednego albo drugiego, Opole jest miejscem dla Was.

Jeżeli podobają Wam się moje zdjęcia i/lub teksty, polubcie mój fanpage na Facebooku. Zmotywuje mnie to do dalszego blogowania ;)

Monday, 19 May 2014

Homecoming

What can I say...This month was at the same time the worst and the best month of my life. How is it possible? I have no idea. The world is weird and life is unforeseeable- that's the only explanation. That why we must have an optimistic attitude towards our existence. Everything seems to be fleeting. The only thing that counts is here and now. We have no other possibility but to try to do our best to live the moment and make the most of every single minute. It's not easy. I, personally, feel quite often that I wasted certain hour (esp. while sitting in a classroom during stupid lesson e.g. introduction to entrepreneurship), but never the whole day. Even  if I feel blue, which happens quite often, I try to do something useful, because I know that work, even if it's not very demanding, can be absorbing and satisfying.

Co tu dużo mówić... Ten miesiąc był jednocześnie najgorszym i najlepszym w moim życiu. Jak to możliwe? Nie mam zielonego pojęcia. Świat jest dziwny, a życie nieprzewidywalne- tylko tak da się to wytłumaczyć. Dlatego należy możliwie optymistycznie do niego podchodzić. Zauważcie, że wszystko jest ulotne- liczy się tylko tu i teraz i chodzi o to, żeby każdą chwilę, która jest nam dana wykorzystać jak najlepiej. Nie jest to łatwe. Ja osobiście często odczuwam, że zmarnowałam daną godzinę (zwłaszcza gdy siedziałam na bezmyślnych lekcjach typu PP, WOK i PO), ale nigdy nie mam poczucia, że jakiś dzień został całkowicie zmarnowany. Nawet jak mam doła, co nie zdarza się wcale tak rzadko, staram się zrobić coś pożytecznego, bo wiem, że praca, nawet mało wymagająca, może być absorbująca i dać człowiekowi choć trochę satysfakcji.

I think that's the reason why the exams- explanation in my previous post- have been bearable and even quite rewarding. Doing my best has stimulated me to continue learning. In fact I learn new English words every day because I know that being systematic is important when it comes to studying. In less than a month I'm sitting Certificate in Advanced English exam, which, at least for me, is 10 times more stressful than this month's exams. That's why I'm even more motivated. And more nerdy than ever. ;)

Myślę, że to dlatego okres matur (zdawałam ich na razie 10, została mi jeszcze jedna- ustny niemiecki) był jednocześnie wyczerpujący, ale też, na swój sposób, przyjemny. Na przykład dzisiaj z egzaminu ustnego z angielskiego dostałam maksa (nie żebym się chwaliła, czy coś ^^). Stymuluje mnie to do dalszej nauki, bo wiem, że chociaż tak dobrze mi poszło (to też kwestia szczęścia), stać mnie na więcej. Tak naprawdę codziennie uczę się nowych słówek, bo wiem, że przy nauce języków (i w ogóle w uczeniu się czegokolwiek) bycie systematycznym jest bardzo ważne. Za niecały miesiąc czeka mnie egzamin Certificate in Advanced English (CAE), który- przynajmniej dla mnie- jest 10 razy bardziej stresujący niż matura. Przez to jestem zmotywowana do nauki jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. I bardziej nerdy niż kiedykolwiek ;)

Do not think that because of the exams I have forgotten about my passion for photography! On the contrary- I spent quite a lot of time taking pics, editing them and digging for my old albums. Thanks to these moments I didn't get completely crazy ;) Remember to pursue your interests- they are a great escape from work, study, problems, etc. Don't let anyone force you to stop doing what you love (unless it's rude or obscene ^^).

Nie myślcie sobie, że przez matury zapomniałam o mojej pasji do fotografowania! Wręcz przeciwnie- poświęciłam całkiem sporo czasu na robienie zdjęć i przeglądanie różnych albumów. Dzięki tym przerywnikom w nauce nie oszalałam ;) Pamiętajcie, żeby rozwijać swoje zainteresowania- są one świetną odskocznią od pracy, nauki, problemów itd.  Nie pozwólcie nikomu, aby zmusił was do zaprzestania robienia tego, co kochacie (chyba, że jest to eeeee nieprzyzwoite ^^).

In conclusion, life is unpredictable. It's important to notice that we can either accept what fate has prepared for us or fight for a better future. Another crucial thing is to never forget about our passions, which make us so unique. My passion is this blog. If, by some miracle, you like what I write here or you think that any of these pictures is pretty- like my fanpage on Facebook. It means a lot  :*

Adios muchachos ;)

PS
The reason for so many pictures in this post is th fact that didn't upload anything to this blog for quite a long time...

Podsumowując, życie bywa nieprzewidywalne. Ważne, żeby starać się zaakceptować to, co los przygotował nam w prezencie. A jeżeli nie umiemy się z tym pogodzić-- walczyć o swoje! Nie zapominając oczywiście o pasjach, które czynią nas wyjątkowymi. Moją pasją jest właśnie ten blog. Jeżeli jakimś cudem podoba wam się to, co tu wypisuję albo uważacie, że którekolwiek z moich zdjęć jest ładne- lajknijcie mój fanpage na Facebooku. Będzie to znak, że cokolwiek, co tutaj robię ma sens i, że powinnam kontynuować... 

Adios muchachos ;)

PS
Zdjęć w tym poście jest dość sporo. W końcu minęło trochę czasu, odkąd coś tu opublikowałam...

Messy hair- first edition. 
Włosy w nieładzie- odsłona pierwsza.
My brother's shoes. Who would have thought? A thief of shoes... Disgusting.
 Buty mojego brata. I kto by pomyślał? Złodziejka butów... Łeeee
Lucas in the role of a model. Romantic with a tabacco smoke.
 Łukasz wczuwa się w rolę modela. Romantycznie z dymem papierosowym.
Close to nature. Meaning: in exactly the same place but from behind. 
Na łonie natury tzn. dalej w tym samym miejscu tylko od tyłu.
I absolutely love graffiti ^^
 Kocham graffiti ^^
Moouuse? 
Myysz?
My elegant-casual outfit. You must admit that my hair is weird-
 it changes its colour the whole freaking time.... 
Mój outfit na rozdaniu dyplomów DSD. 
Przyznajcie, że moje włosy są mega dziwne- ciągle zmieniają kolor. 
Nawet bez farbowania...
Yeah. I'm so narcissistic. 
Tja. Narcyzmu ciąg dalszy.
March...
 A to jeszcze z marca.
I absolutely adore this jacket ^^ 
Uwielbiam tą kurtkę ^^
Braceletsss.  
Faza na bransoletki.
There was also a letter 'K' , so instead of a fundamental question 'WHO?' 
we have 'WERK'- work. I prefer the first one. 
Tam była jeszcze litera 'K', czyli zamiast fundamentalnego pytania 'WER?'- kto?
 jest 'WERK'- praca. Jednak wolę to pierwsze.
No idea.
 tralalala
'a stick'.
 patyk.
I can't have wings, so at least I have one feather ;)
 Nie mogę mieć skrzydeł to mam chociaż piórko ;)
Veni. Vidi... Vici?
Przybyłam. Zobaczyłam... Zwyciężyłam?
A casual #OOTD.
#OOTD normalnie.